poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Sala porodów rodzinnych w skierniewickim szpitalu już otwarta

W maju ubiegłego roku zgłosiłyśmy się do Dyrektora Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Skierniewicach w apelem o poprawę warunków panujących na skierniewickiej porodówce. Trzyosobowa sala porodowa, przestarzałe wyposażenie, brak intymności, brak możliwości znieczulenia. Tak dłużej nie mogło być. Skierniewiczanki zasługują na godne i komfortowe warunki podczas tej pięknej chwili jaką jest poród. Szpital przyznał nam rację i obiecał zadbać o rodzące. Efektem tej współpracy było utworzenie sali do porodów rodzinnych, która w dniu dzisiejszym została uroczyście otwarta oraz poświęcona. 

Sala wyposażona jest w nowoczesne łóżko porodowe, łazienkę z prysznicem, kanapę, klimatyzację oraz tv. Miasto zakupiło także nowy aparat usg. Warunki są naprawdę bardzo dobre - nie odbiegają standardom panującym w prywatnych klinikach. Sala jest ciepła i przytulna. Zostaje uruchomiona od 1 września - wtedy też prawdopodobnie odbędzie się w niej pierwszy poród.  Od pierwszego września zostaje również wprowadzone bezpłatne znieczulenie zewnątrz-oponowe. Rusza także przyszpitalna szkoła rodzenia. Szpital zapowiada, że to nie koniec zmian. Kolejne do remontu czekają sale na oddziale położniczo - noworodkowym.

Należy pamiętać, że sala porodów rodzinnych jest tylko jedna. Nadal działa również "stara" sala porodowa. Na nowej sali mogą odbywać się tylko porody fizjologiczne. W przypadku porodu bardziej skomplikowanego to prawdopodobnie odbywać będzie się on na starej sali. 

Myślę, że skierniewickie mamy mają teraz bardzo komfortowe warunki do porodu i nie muszą wyjeżdżać już do Łodzi czy Warszawy.  Nastawienie i podejście personelu medycznego jest podczas narodzin dziecka bardzo ważne, ale na tej sali na pewno będzie się rodzić przyjemniej :)!

A jak Wam się podoba? Zapraszam do obejrzenia fotorelacji.



niedziela, 16 sierpnia 2015

Moja przygoda z "Po prostu schudnij" by Monia W.


Nigdy nie byłam szczupłą osobą, zawsze było kilka kilogramów, których należałoby się pozbyć. Jednak nie było to coś co spędzałoby mi sen z powiek.  A jeść zawsze lubiłam dużo, niekoniecznie zdrowo, zwłaszcza, że moja Mama świetnie gotuje, a po ślubie okazało się, że mój Małżonek też ma do tego smykałkę :) Żeby tego było mało, to podjadanie stało się moim sposobem walki ze stresem. No i kilogramów przybywało. Po ślubie próbowaliśmy z Mężem różnych diet, skutki niektórych były genialne, jednak potem pojawiał się efekt jojo, z którym nie udawało nam się wygrać.
            W zeszłym roku na świat przyszła moja Córa. Dzięki Niej, wielogodzinnym spacerom, no i karmieniu piersią kilogramy pięknie szły w dół. Później niestety przyszła zima, coraz krótsze spacery, Córa wymagała coraz więcej czasu i uwagi, zabrakło czasu na przygotowywanie dla mnie posiłków, a przede wszystkim na jedzenie. W ciągu dnia zawsze sobie coś podjadłam, a obiad jadłam dopiero wieczorem jak Mąż wracał z pracy. W efekcie pięknie nadrobiłam stracone kilogramy i obawiałam się, że nie długo wskazówka wagi zacznie dobijać do mojej wagi ciążowej ...
      
            Wtedy przeczytałam o warsztatach "Po prostu schudnij" organizowanych przez Testosteron Club w Skierniewicach. Trenerzy, Maciek Gałka i Marcin Denisiuk, zachęcali: "Podczas warsztatów poruszymy tematy zdrowego odżywiania dobranego do potrzeb klienta, podpowiemy jak zacząć przygodę z treningiem siłowym i jak zaplanować trening aby zbliżał Nas do wyznaczonego celu." Pomyślałam, że przyjdę i posłucham co trenerzy mają ciekawego do powiedzenia o ćwiczeniach i zdrowym odżywianiu. Podstawowe zasady zdrowej diety znałam dobrze, jednak nie udawało mi się zwykle do nich stosować. Miałam nadzieję, że kiedy dowiem się jeszcze więcej to uda mi się w końcu coś zmienić w mojej codziennej diecie. Gdzieś przed oczami przemknęła mi informacja, że trenerzy mają wybrać dwie osoby, które otrzymają bezpłatny pakiet dietetyczno-trenerski do sierpnia 2015 r. Dodatkowo prezentem dla wybranych uczestniczek miał być bezpłatny pakiet zabiegów kondycjonujących skórę ufundowany przez Klinikę Urody Lucyna Day Spa. Pomyślałam BAJKA, fajnie byłoby się załapać, ale pewnie mam marne szanse. Ale przyjść i posłuchać nie zaszkodzi ;)

            No i co się okazało ? ;) Okazało się, że trenerzy do dalszej współpracy i wielkiej metamorfozy wybrali właśnie mnie i jeszcze jedną koleżankę Paulinkę, dziewczyny najbardziej zmotywowane i najbardziej wymagające "profesjonalnej pomocy" ;) 

            I tak 3 czerwca zaczęła się moja przygoda z "Po prostu schudnij" ;) Na początku z moim trenerem- Maćkiem zaczęliśmy ustalać jadłospis. Wszystko zostało dostosowane do mojego wieku, trybu życia, stanu zdrowia. Musiałam szczegółowo odpowiadać na Maćka pytania dotyczące mojej dotychczasowej diety, kulinarnych upodobań itd. itp. Dostałam wszystkie potrzebne wskazówki, co mogę jeść, a czego mi nie wolno oraz szczegółowy zbilansowany  jadłospis :)  Musiałam dostosować się do kilku podstawowych zasad: wypijać min 2,5 l wody niegazowanej dziennie, nie podjadać, jeść 5 posiłków dziennie,  pilnować czasu między posiłkami czyli jeść co 2,5-3,5 godziny, pierwszy posiłek nie później niż godzinę po wstaniu z łóżka, ostatni posiłek 2 godziny przed snem. Na początku wydawało się tego bardzo dużo, z czasem wszystko stało się zwyczajnym codziennym rytuałem.
            Dietę rozpoczęłam 9 czerwca, a 12 czerwca rozpoczęliśmy treningi z moim trenerem personalnym Maćkiem :) Początkowo powoli, żeby dostosować organizm do odpowiedniej porcji wysiłku, stopniowo. Po 4 tygodniach ćwiczenia już szły "pełną parą" ;) 5 razy w tygodniu  rano po wstaniu 60 minut jazdy na rowerku stacjonarnym, 3 razy w tygodniu godzina treningu z Maćkiem na siłowni,  po nim 60 minut na orbitreku, 2 dni w tygodniu bez ćwiczeń, przeznaczone na regenerację ;) Kilogramy i cm przepięknie spadały, motywacja rosła, miałam ogromne wsparcie ze strony Maćka, ale także od całego otoczenia, mnóstwa osób. które spotykałam na siłowni podczas ćwiczeń, znajomych, no i oczywiście mojego Małżonka, który z czasem sam przeszedł na dietę, którą ustalił mu Maciek. 
            Nie zawsze było łatwo.  Jestem osobą, która uwielbia owoce, czasami na spacerze z Córą ciężko było przejść obok pachnących straganów przepełnionych truskawkami, czereśniami, malinami.... w końcu mamy sezon na te wspaniałe owoce. W mojej zdrowej zbilansowanej diecie bardzo brakowało moich ulubionych dań: pizzy czy spaghetti bolognese, ciężko było zjeść gotowane na twardo jajko bez majonezu, no jak to bez majonezu?!?!  Z czasem zaczęłam trochę kombinować z przepisami, wiedząc jakie mam do dyspozycji składniki i jakie powinny być ich ilości i proporcje, zaczęłam wymyślać swoje zdrowe fit dania. Przecież zdrowo nie musi oznaczać nudno czy bez smaku. Kilka przepisów wyszło znakomicie: zapiekanka z aromatycznym kurczakiem z ryżem, marchewką i brokułami, pieczony dorsz z kaszą, sosem pomidorowym i sałatką z kiszonego ogórka, czy sałatka z makaronu ryżowego, gotowanego kurczaka i świeżych warzyw z przepysznym sosikiem z oliwy z oliwek, octu balsamicznego i sosu sojowego z przyprawami... mniam ;)  Maciek stopniowo też dostosowywał mi dietę do moich postępów i ilości ćwiczeń.  

            Na treningach też nie zawsze było lekko, a nawet zwykle było ciężko :) Maciek mnie nie oszczędzał. Wykańczały mnie treningi nóg i te nieszczęsne wykroki :) Ten ból w mięśniach dzień po treningu, gdzie bolały mnie mięśnie, o których wcześniej nie wiedziałam, że takie mam ) To dawało siłę! I chęć do dalszej pracy. Nie zawsze też było łatwo tak zorganizować dzień, żeby znaleźć czas na te 3 godziny treningu i oczywiście zorganizować w tym czasie opiekę dla Córy. Ale jak się chce to się da :) Oczywiście z pomocą mojego Męża i mojej Mamy, którym jestem za to bardzo wdzięczna :D  
            Musiałam się też przyzwyczaić do kamery na treningu (a mnie tak strasznie stresują kamery... ), zdjęć tego jak ćwiczę, do tego doszły publiczne wypowiedzi i artykuł w prasie ;)
            Nawet nie zauważyłam kiedy minęło to 9 tygodni... W końcu przyszedł czas podsumowań
i wielkiego finału akcji na 5 urodzinach Testosteton Club ;) A tutaj małe podsumowanie w liczbach.
Po 9 tygodniach tyle mnie ubyło:
- 15,8  kg :D
- 11 cm w talii,
- 11 cm w biuście,
- 15 cm w pasie :D
- 13 cm w biodrach,
- 5 cm w udach,
- 2 cm ramię.


            Ogromne podziękowania należą się mojemu trenerowi Maćkowi Gałce za wszystkie treningi, swój czas jaki mi poświęcił, ogromną motywację i przysłowiowego kopa do pracy ;) i te wszystkie wykroki... ;) Dziękuję też Monice i Kamilowi Szyszczyńskim z Testosteron Club za całą akcję, dziewczynom z Lucyna Day Spa za wszystkie zabiegi, które pomagały mi utrzymywać dobrą kondycję skóry. No i oczywiście wielkie dzięki dla wszystkich którzy mnie wspierali i dopingowali i dla moich ukochanych dziewczyn z Klubu Mamy :*   
           
            A teraz czas na odpoczynek i zasłużony urlop, oczywiście nie będzie leniuchowania na plaży tylko aktywny wypoczynek w górach :D  A po powrocie walczymy dalej ! :D 

A poniżej kilka fotek z piątkowego finału naszej akcji w klubie Drugi Dom:)
            

czwartek, 13 sierpnia 2015

Konkurs z super nagrodami od FOTO MILEJKA BABY

Na naszej facebookowej grupie super konkurs organizowany przez Foto Milejka Baby. Do wygrania bardzo atrakcyjne nagrody. Zapraszam do udziału. WszysTkie szczegóły na grupie----> TUTAJ

sobota, 1 sierpnia 2015

O BLW - czyli Bobas Lubi Wybór




            W ostatnią środę na spotkaniu Klubu Mamy Skierniewice gościliśmy Agnieszkę Wiszniewską - mamę dwóch uroczych dziewczynek, która prowadzi bloga na portalu społecznościowym pod nazwą „DwieWisienki”. Agnieszka jest praktykiem, jeśli chodzi o zdrowe żywienie dzieci oraz propaguje karmienie piersią, a także metodę BLW przy rozszerzaniu diety niemowląt. Podzieliła się z nami swoją szeroką wiedzą z tego zakresu, wytłumaczyła na czym polega metoda, jak ją stosować, jakie przynosi efekty. 
źródło: Dwie Wisienki

Metoda BLW, czyli baby- led weaning, w skrócie BLW, to metoda karmienia dzieci, polegająca na stopniowym odstawianiu dziecka od pokarmów mlecznych (mleko mamy, mieszanka) całkowicie sterowanym przez dziecko. Polega na ominięciu etapu papek i pozwoleniu dziecku na samodzielne jedzenie już od pierwszego posiłku. Rozszerzenie diety zaczynamy w momencie, kiedy dziecko siedzi sztywno (niekoniecznie siada samo! To różnica!). Na początek podajemy dziecku warzywa ugotowane i pokrojone w słupki, gdyż dziecko zje tylko to, co chwycone będzie wystawać poza obręb rączki. Startujemy od marchewki, ziemniaka, kalafiora, brokuła. Dopiero po jakimś czasie podajemy owoce. Słodki smak owoców na pewno szybko zostanie zaakceptowany przez małego adepta sztuki jedzenia, więc nie trzeba się z tym spieszyć. Pierwszymi owocami niech będą jabłka, śliwki, gruszki. Na pewno zasmakują dziecku! Na początku dziecko będzie się bawiło jedzeniem, czasem nawet krztusiło zbyt dużymi kawałkami, które wpadną do buzi. Nie przejmujmy się. Bądźmy w pobliżu i reagujmy w sytuacjach poważnych, ale pamiętajmy, że odruch krztuszenia u dzieci występuje szybciej niż u dorosłych, bo w fazie, gdy jedzenie jest jeszcze na języku, a nie w przełyku. Dlatego pozwólmy dziecku najpierw na samodzielne wykrztuszenie kawałka, a gdy widzimy, że sobie nie radzi - wkraczajmy z akcją ratowniczą.

            Agnieszka wprowadziła na spotkaniu element warsztatowy. Chętne do wzięcia udziału w „eksperymencie” mamy podzieliły się na 3 grupy: dwie mamy odgrywały role dzieci, kolejne dwie mamy były mamami ze słoiczkami obiadowymi w rekach, a kolejna mama była wybawieniem z talerzem pełnym kolorowych przysmaków: kalafior, brokuł, samodzielnie wypiekany chleb z ziarnami, marchewka. Wynik eksperymentu nie zdziwił żadnej z mam, będących na spotkaniu - „dzieci” wolały zjeść kolorowe warzywa zamiast jednorodnej smakowo i wyglądowo papki rybnej, czy gulaszowej. Niestety my - mamy czasem dla własnej wygody, czasem z potrzeby (bo czas goni, nie mamy jak ugotować, brak weny kuchennej), a czasem nawet z przekonania, że to co znajduje się w słoiczku jest (niby) zdrowsze niż kupione na targu warzywa, stosujemy dietę „słoiczkową” u naszych dzieci , nie zdając sobie sprawy z tego, że przyzwyczajamy je do jedzenia bez smaku, wyglądającego gorzej niż źle oraz w określonych porcjach („bo jak to? Tyle, co w słoiku, to musi zjeść!”).
            Tymczasem Agnieszka przekonywała nas, że dziecku do ukończenia 12 miesięcy do zaspokojenia potrzeb żywieniowych wystarczy mleko (najlepiej od mamy, a jeśli to niemożliwe, to modyfikowane). Wszelkie dodatkowe elementy diety: warzywa, owoce, kasze, zupy i pochodne - to jedynie dopełnienie i przede wszystkim dajemy je dziecku w celu zapoznania się z nowymi smakami, konsystencją etc. Dajmy się pobawić dziecku jedzeniem, niech pougniata, posmakuje, poliże, rozsmaruje jedzenie na stole. To wszystko służy lepszemu zapoznaniu się z jedzeniem dorosłych, co skutkuje tym, że jedzenie będzie dla dziecka przyjemnością! A że trochę brudno? Aga pokazała nam swoje „patenty” na uchronienie się przed sprzątaniem całego domu po posiłku dziecka (specjalny kubeczek, czy miseczka). Już choćby prozaiczne przyciśnięcie końcówki śliniaka tacką od krzesełka do karmienia powoduje mniejsze „straty” w czystości.

            Metoda wydaje się być kusząca w zastosowaniu, bo efekty są fantastyczne: dzieci celebrują jedzenie, jedzą wtedy, kiedy rodzice (koniec z zimnym obiadem dla mamy albo, o zgrozo, jego brakiem), są bardziej samodzielne od pierwszych chwil przy stole. Dowodem niech będą dzieci rodziców, uczestniczących w spotkaniu, karmione tą metodą (było ich dwoje lub troje), a także młodsza córeczka Agnieszki - Helenka, która niedawno skończyła roczek, a radzi sobie sama nawet z rzadką zupką!

            Agnieszka zachęcała do samodzielnego przygotowywania zdrowych i wartościowych posiłków nie tylko dla dzieci, ale także dla nas - dorosłych. Pokazała kilka książek wartych uwagi (spis pod postem) oraz poczęstowała nas domowymi ciasteczkami z orzechami nerkowca, migdałami, słonecznikiem, bananów, kakao lub karobu. Przepis znajdziecie na blogu Agnieszki - TUTAJ. Dzieci natomiast zajadały się rodzynkami i chlebem z ziarnami, przyniesionymi przez naszego Gościa.

            Serdecznie zachęcam do wypróbowania tej metody na własnych pociechach. Ja zamierzam, gdyż moje pierwsze dziecko karmione przeze mnie słoiczkami, potem z rzadka chciało jeść moją domową zupkę, a o czymś więcej nawet nie wspomnę. I do teraz (a ma 2,5 roku) jest ogromny problem z jedzeniem obiadków. TO nie tylko „wina” diety słoiczkowej, ale zapewne bardziej złożony problem nawet natury genetycznej (mama-niejadek) oraz wynik obserwacji złych nawyków żywieniowych rodziców, nie mniej zamierzam dać większą wolność wyboru młodszej córce i poczekam na efekty.

            Dodatkowo nasze spotkania przeniosły się do MOK-u. Będziemy na bieżąco informować o tym w jakich dniach i godzinach będziemy się widywać. Prosimy o wyrozumiałość, że mogą zdarzyć się odchylenia od normy, czyli nie zawsze ta sama sala, czy godzina spotkania, ale jesteśmy w trakcie wielu ustaleń i wszystko idzie w dobrym kierunku. Do zobaczenia na spotkaniach Klubu Mamy Skierniewice!

            W imieniu mamy potrzebującej pomocy serdecznie dziękujemy za okazane wsparcie w postaci ubranek, mleka, pieluszek, zabawek i akcesoriów dla dzieciaczka. Jesteście kochane, Mamusie!



Literatura polecana przez naszego Gościa:

1.      „Bobas lubi wybór”, Gill Rapley, Tracey Murkett

2.      „Moje dziecko nie chce jeść” , Carlos González

3.      „Zamień chemię na jedzenie”, Julita Bator

4.      „Super odporność. Jak z posiłków czerpać zdrowie”, Joel Fuhrman

5.      „Zdrowe dzieciaki”, Joel Fuhrman

6.      „Mądrzy rodzice”, Margot Sunderland


 


środa, 22 lipca 2015

Weekendowe wycieczki z maluchami- part 2

Dziś chciałabym polecić Wam fajne miejsce do miłego spędzenia czasu z dziećmi, które w minioną sobotę odwiedziłam razem z moimi najbliższymi - TERMY MSZCZONÓW.


nazwa: Termy Mszczonów
adres www: termy-mszczonow\
odległość od Skierniewic: 27 km
szybkość przejazdu: ok. 25 minut 
parking: duży i bezpłatny
cena biletu dorosły:  1 h- 17 zł
                                   2 h- 25 zł
                                   3 h- 40 zł ( ceny w weekend i święta - w tygodniu ciut taniej)
                   dzieci:     1 h- 12zł
                                   2 h- 18 zł
                                   3 h- 28 zł
dzieci do 3 lat gratis. ( dwie osoby dorosłe i dziecko 2 letnie na dwie godziny   = 50 zł)
główne atrakcje: dwie zjeżdżalnie, basen dla dzieci, rwąca rzeka, dwa baseny termalne całoroczne (temp. 32-34 stopnie C), basen sportowy.
plusy: punkty gastronomiczne na terenie obiektu
minusy: woda w brodziku dla dzieci troszkę za chłodna-  chłodniejsza niż w basenie rekreacyjnym


opinia: Termy Mszczonów odwiedziliśmy w poprzednią sobotę ok. godz. 16. Od kilku dni doskwierały Nam upały, więc szukaliśmy sposobu, aby nieco odetchnąć- a przy okazji się opalić. Termy wydały się super wyjściem. Nie myliliśmy się. Kolejka niewielka, a pomimo dużej liczby korzystających bez problemu znaleźliśmy wolne leżaki. Wcale nie było tłoczno- czego się obawiałam. Jak tylko weszliśmy na teren obiektu okazało się, że słońce zaszło i zaczął wiać wiaterek. Po dłuższej chwili okazało się ze zbliża się burza. Obsługa zmuszona była zamknąć obiekt , wyprosić wszystkich z wody oraz nakazać schowanie się do budynku. Burzę przeczekaliśmy i po ok 20 min. znów mogliśmy bawić się w najlepsze. Okazało się, że temperatura powietrza po burzy spadła i synek Nam marźnie. Nic straconego,  bo w basenie z cieplutką wodą termalną było bardzo przyjemnie.  Łącznie w basenach spędziliśmy 2 godz. Wydaje mi się, że wystarczająco- zwłaszcza, że nie było słońca i z mojego opalania nici. Uważam, że jest to fajna opcja zarówno na aktywny wypoczynek dla dzieci i tatusiów, jak i na wylegiwanie się na leżaku dla mam:) Warto pojechać, nawet z niemowlakiem - ale tylko w ciepły i słoneczny dzień.  A i na koniec radzę zabrać dla dzieci kanapki lub inny prowiant, bo po godzinach zabawy będą bardzo głodne:)